Życiem pisane...
lbn7349.blog.interia.pl
Me przemyślenia...
piątek, 04 listopad 2011, 19:46 Czas na wielkie zmiany
Opuszczam moje kochane morze... A cóż takie życie.
czwartek, 24 luty 2011, 15:45 Zabawa na nudne przywczesne jeszcze wieczory.
No cóż niedługo minie trzy miesiące, odkąd coś zachciało mi się napisać. Dobry kawałek czasu. Można powiedzieć – cała zima (przyjmuję tu oczywiście optymistyczne założenie, że potrwa ona do końca lutego). Co się zdarzyło? Przełomowego w życiu – nic. To się cały czas dzieje. Natomiast mój żywot co rusz ubarwiany jest mniej lub bardziej wkurzającymi szczegółami, ale jest też dużo i tych miłych, choć są w stosunku do tych pierwszych ostatnio w zdecydowanej mniejszości. Można by powiedzieć: Życie! Ostatnio nawet – ponieważ muszę odwiedzać czasami różne instytucje – zacząłem grać w bardzo sympatyczną grę: Kto mnie dziś wk***? Wczoraj wygrał jeden z banków i nawet pokuszę się, że zasłużył na miano nagrody, nie tygodnia, ale już miesiąca. Otóż moi drodzy, postanowiłem sobie zrefinansofać kredyt samochodowy, który czasami mnie ciśnie rzeczywistym oprocentowaniem na poziomie 16 pkt. W tym też celu zrobiłem mały rekonesans po bankach. Pośrednicy mi jakoś nie mogli pomóc – wszystko, co proponowali było jeszcze droższe. Jak człowiek nie wychodzi sobie sam to nie ma. Taka prawda. Na szczęście, to akurat potrafię. No znalazłem sobie taki Bank Pożal Się Boże (w skrócie BPSB:). Owszem oprocentowanie super – naprawdę dobre. Tylko... Refinansowanie, miało być na mamę. Bo ja przecież mieszkanie od jakichś dobrych 18 miesięcy kupuję, nie? No i hipoteczny będę brał. Pewnie do tego czasu zdążę już spłacić samochód. Ale mniejsza o to. Owszem mama ma zdolność i wszystko naprawdę cacy i ekstra. Po podaniu wszystkich danych samochodu, moich, mojej mamy, sąsiadów z naprzeciwka, ich rozmiarów butów, orientacji seksualnych i politycznych pani, która rozmawiała ze mną zaprosiła nas tylko z mamą i nawet bez samochodu, do złożenia wszelakich dokumentów i podpisania wniosku. Pani była z Lublina, a ja sobie siedziałem w Gdyni ze wszystkimi dokumentami, dotyczącymi samochodu. Więc uprzejmie zapytałem, czy skoro są bankiem ogólnokrajowym, to tak można załatwić, żebym niepotrzebnie nie jeździł po Polsce z dokumentami, do których muszą mieć jedynie wgląd. Potwierdzić za zgodność z oryginałem. Tylko tyle. No więc, co? Nie można. Trzeba być z dokumentami w Lublinie. Kurde, jak ja kiedyś dla moich klientów załatwiałem sprawy finansowe to jakoś mogłem tak to zrobić, żeby byli ludzie zadowoleni. Ale co tam, przecież takie mają dobre oprocentowanie, widocznie tylu klientów szturmuje ich oddziały, że jeden w tą, czy w tamtą. Ja jednak nie odpuściłem. Za telefon i do oddziału w Gdyni. A tu... oczywiście da się zrobić. Nawet pomimo tego, że właściwie kredytobiorca w Lublinie jest. Znowu musiałem się uzewnętrznić, podając wszystkie cyfry z mojego i mamy życiorysu, a także pochwalić się samochodem. Jest ok, niech Pan przyjdzie! No to wczoraj, choć mogłem wysączyć sobie bardzo ciepłą, kojącą, o cudownym smaku herbatkę o smaku grzanego wina (polecam tą z Imbirem z Biedronki), założyłem 42 warstwy ubrań, owinąłem szmatami nogi, założyłem gumowce i udałem się do placówki banku. Tu kolejna spowiedź ze wszystkich grzechów finansowo – skarbowych. Po raz trzeci!!! Bo coś z systemem się stało, kurde. No i przykro nam, ale kredytu Pan nie dostanie, bo oni taki to na nowy tylko dają. A na używany to mogę, z podwyższonym oprocentowaniem (oczywiście wyższym od mojego obecnego), no i tylko na trzy lata. I po co było tyle gadać? Może im się w pracy nudzi i tak sobie czas urozmaicają? Jakąś loterię robią z wykorzystaniem danych osobowych? HGW. Ciekawe, co dziś miłego mi życie przyniesie? Idę rozmawiać o likwidacji jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych. Może być pysznie!
sobota, 04 grudzień 2010, 00:38 A tak krótko
Nie potrafię opisać, co się zdarzyło od ostatniej notki. Jeżeli jednym zdaniem każde wydarzenie nawet to i tak długo byłoby niemiłosiernie. Więc tylko telegraficznie. Moja wizyta u Asi na Śląsku... Ależ super było. Przejeździłem/liśmy całą aglomerację. Dzięki moim znajomym z Zabrza za miłe przyjęcie. Oj bogato było. Asiu dziękuję za to, że jesteś moim wspaniałym przyjacielem. Naprawdę miło spędzać z Tobą czas. Ach ten Spodek - jakoś kultowy dla mnie się zrobił dzięki naszemu spacerowi i oglądaniu płotu z dekoracjami:) Jejuuu Asiu uwielbiam spacerki z Twoim psiurem. Ona (Chapsana) chyba też mnie lubi:) - mam nadzieję. Dwa przyjazdy mojej Mamy w Gdyni  z wielkimi przygodami - zajebiaszcza wizyta w Porcie Wojennym Gdynia z komandorem panem Janeczkiem (brykaliśmy po okrętach wojennych z Mamą). Spotkanie z wielce przemiła Panią Marią. Wiele odwiedzin w szpitalu Gdyńskim - wspaniałe rozmowy z pacjentami. Nowe przyjaźnie. Spotkanie z wieloma znajomymi sprzed lat - przede wszystkim Krzysiem, Ingą i ich córeczką Ulą - serdecznie Was z tego bloga pozdrawiam. Moje przyjazdy chwilowe do Lublinka - dzięki Aniu za ekstra towarzystwo i te chwile, które zostaną w mej pamięci do ostatniego dnia (jest takie fajne miejsce nad Zalewem Zemborzyckim). Poznałem bardzo sympatyczną Anię - doktorantkę i pasjonatkę prawa - takiego głupola pod tym względem jak ja. Polubiłem ogromnie nasze rozmowy. Zacząłem studia doktoranckie - co pewnie stanie się jedną z moich pasji - dzięki temu listopad stał się inny niż zwykle. W końcu samotne wieczory umiliła mi książka. I jest już fajnie. Byłem w Świebodzinie – na zaproszenie mojej byłej klientki – Pani Ireny (ma 90 lat) i jej równie super sympatycznej rodzinki (i tu się kolejna Ania pojawia). Aniu dzięki za super imprezkę do prawie białego rańca. Pozdrów w szczególności Arka i Patkę. Zobaczyłem wielkiego Chrystusa i potem udzieliłem wywiadu dla telewizji ZDF o moich ambiwalentnych uczuciach:) Przedwczoraj zaś z Maksem, moim kumplem przetestowaliśmy Alfę Romeo Giuliettę – śmigneliśmy na Hel. Jazda Alfą i pusty półwysep z wielkim mrozem, potem spacer nad morze i cała plaża dla nas. No nie da się opowiedzieć w tych kilku zdaniach tego wszystkiego – ja i tak zapomniałem teraz o wielu innych przygodach. Jednak życie jest faaaaaajne........
wtorek, 19 październik 2010, 21:13 Było smutno, jest lepiej:)
Dobra, trochę inaczej było. To znaczy dziś siedzę w pracy, ale nie dlatego, że chcę, tylko po to by zabić coś, co mnie dopadło, a nie powinno. Wybaczcie, ale trudno mi radosną notkę napisać, jak mam jakiegoś doła. To ta jesień paskudna. Co prawda czuję, że już dzisiaj mi przechodzi, ale od soboty było kiepsko. Snułem się trochę po domu, potem w niedzielę po Helu i nie miałem z tego żadnej radości (no zresztą co za radość snuć się po domu). Wczoraj poszedłem na spacer i... padłem już około 21 do łóżka, czego już od dosyć dawna nie pamiętam. No dzisiaj do południa to tak sobie, tym bardziej że mogło być naprawdę ciężko z jutrzejszą umową. Jednak na 8 rano (sic!) notariusz umówiony. Długi dzień będzie, ale może bardziej radosny. I fajną notkę uda się napisać. Pozdrawiam cieplutko.
czwartek, 26 sierpień 2010, 09:59 Jeden projekt rozpoczęty
Znowu mnie tu długo nie było:( Nawet wspaniałego pobytu Asi u mnie dalej nie opisałem:( Mojego urlopu też:( A teraz mama u mnie w Gdyni przebywa, więc też mało czasu mam. No i ten projekt:

opiekanadmieszkaniem.pl

Jeżeli ktoś zajrzy na stronkę, niech w komencie napisze co myśli - tylko szczerze, proszę. To jeszcze powinno być dopracowane.
środa, 11 sierpień 2010, 22:36 Wygraliście
Tak miała być środa, ale dopiero do domu się przytaskałem i jakoś tak mi ciężko napisać więcej niż te parę zdań, które właśnie klecę. Wiadomym jest, że jak Asia do mnie przyjeżdża to i przygody są, a tym razem było ich naprawdę całe mnóstwo. Długo trzeba będzie opowiadać. Ale nie dziś. Przepraszam...
poniedziałek, 19 lipiec 2010, 12:40 Co ja mam napisać?
Jestem po kolejnym weekendzie po którym obiecałem sobie, że wreszcie się za bloga wezmę. I co? Dupa, bo się szykuje dziś wieczorem ciekawe spotkanie. Do Gdyni przyjeżdża mój znajomy jezuita o. Andrzej, więc raczej czasu na dopisanie do poprzedniej (która zalega w kompie już od miesiąca i czeka na publikację) notki, nie będzie. Więc tym razem skrótowo. Do dziś wspominam fajne chwile majowego weekendu, kiedy to zawitała do mnie Ania z Krakowa (Aniu trochę się ogarnąłem i w poprzednim tygodniu dzwoniłem, zresztą i dziś to uczynię). Potem wybryk do Lublina na weekend i maj... przeleciał. Weekend Bożego Ciała, to kolejna wizyta Ani, ale z Lublina. Też przednio było. Bodaj ostatni standardowy weekend to 12 - 13 czerwca. Potem to już nic normalne nie było. 19 - wesele w Stryjowie - rodzinnej miejscowości mojego Taty. Tak daliśmy z rodziną czadu, że jak się kończyło to żal wychodzić było. Tam poznałem moją sympatyczną rodzinę w wersji młodej - Patkę (dzięki Ci za niestrudzoną zdolność tańczenia i spacerki), Kasię, Andrzeja, Grzesia i Krzysia - Ci dwaj ostatni to niezłe aparaty, ale konie kraść można, no i już poza rodziną Magdę, która pomimo dwóch obalonych winiaczy dzielnie z Patką dotrzymywały mi kroku. Ojjj się działo. Każdemu życzę takiego czaderskiego wesela. A właściwie to takiego towarzystwa na tego typu imprezie.
26-27 czerwca to weekend trochę samotny z założenia, bo postanowiłem znaleźć swój kawałek plaży i tam spędzić całe dwa dni zanurzając się w książce (jak się później okazało niejednej). Miejsce zostało odnalezione w okolicach Rozewia. Jak sobie później uzmysłowiłem to byłem bodajże najdalej wysuniętym na północ Polakiem w naszym kraju.
W środku tygodnia była jeszcze wyprawa tym ogromem, którego widać na zdjęciu z poprzedniej notki do Szwecji. Dla mnie Stena ma swoją magię i już. Trochę połaziłem po promie i wkrótce się nie nudziłem. Trochę moi drodzy Was dużo było, więc niestety nie pamiętam większości imion. Od popołudnia zatem zawiązał się sojusz radomsko - lubelski. Michał, Arek, Kasia, kilka innych osób i przesympatyczny Kuba i jeszcze fajniejsza od niego (jak sama stwierdziła) Marta. Nawet nie zauwałyłem, kiedy zrobiła się 3 nad ranem i trzeba było się chociaż chwilę przekimać. Spotkaliśmy się jeszcze przed siódmą podczas wejścia Steny do Gdyni. Smutne pożegnanie. Ale cóż... Życie.
3 lipiec to wyprawa na duuuże opalanie do morskiej stolicy Polski - 5 godzin na słońcu bez mleczek, olejków, filtrów innych pochłaniaczy fotonów sprawiło, że wyglądałem jak świeżo upieczony chlebek (bo przecież ciacho o sobie nie powiem:). Skutek został zatem osiągnięty. Wieczorem zrobiłem się przyjemnie różowy i zacząłem odczuwać całodzienne słoneczko na skórze. Szybko jednak niedogodności minęły i spałem sobie spokojnie. Tym bardziej, że nazajutrz miałem popłynąć sobie na Hel. I to też uczyniłem. Tutaj założenia, jeżeli chodzi o wczoraj były zgoła inne. Nic jednak z planów nie wyszło dzięki Gosi. A zapomniałbym - w miejscowości Hel spełniłem swój patriotyczny obowiązek i zagłosowałem na K....skiego. Sympatyczną Gosię poznałem na plaży - zostawiłem pod jej okiem dobytek, kiedy to jako rasowy samiec udałem się do sklepu kupić browarka (poprzednie dwa mimo moich obaw oraz gorącego słoneczka nawet nie zadziałały w najmniejszym stopniu). Wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że jak już zszedłem z plaży okazało się, że zapomniałem... butów. Trzeba być naprawdę spragnionym, badź nienormalnym, żeby przez pół miasta Helu na bosaka po gorącym asfalcie iść do sklepu. Na powrót tą samą drogą już niekoniecznie miałem ochotę i gdyby nie sympatyczna niewiasta z Krasnegostawu, która mnie podwiozła w okolice plaży, mógłbym do dziś czuć skutki mojej wyprawy. A z tym opalaniem to miałem naprawdę uważać, ale tak się z opiekunem mojego dobytku zagadałem, że właśnie o słońcu zapomniałem. Do tego kąpiel w morzu, która to zapomnienie potęgowała, bo zwykle po wyjściu z wody wcale tego słoneczka nie czułem. Nie muszę chyba mówić, że wieczorem byłem jeszcze bardziej różowy, co zaskutkowało nierozpoznawaniem mnie przez znajomych na ulicach w dniach późniejszych. Podróż powrotna tramwajem wodnym minęła całkiem sympatycznie w towarzystwie Skubiego (super sympatyczny szczeniak ratlerka) oraz jego właścicielek Oli i Kamili. Poprzedni weekend - również w głównych punktach zaplanowany - sobota - Jastarnia, niedziela - Hel - tym razem pociągami nieco zapchanymi i długo jadącymi. Ale warto było, chociażby z powodu faktu, że tym razem woda morska była cieplejsza i tym samym kąpiele przyjemniejsze. W ciągu tygodnia zaś poznałem grupę około 100 młodych ludzi, którzy przyjechali wypoczywać do Gdyni wraz z sympatycznym księdzem Pawłem. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że byli to ludzie niepełnosprawni umysłowo i ruchowo wraz z wolontariuszami. Byliśmy ze sobą tydzień - ja tylko wieczorami do nich przychodziłem, z racji tego że do pracy trzeba było śmigać. Po tych kilku dniach przyzwyczailiśmy się do siebie. Pobyt zakończył się w czwartek agapą i wieczorną dyskoteką. W piątek rano pakowanie, pożegnania (bardzo czułe, ale i smutne). Oni wrócili szczęśliwie do Włocławka, a ja do pracy. 
Ten weekend miał być naprawdę spokojny. Miał być. W czwartek pojechaliśmy nocą z Piterem, Ulą - jego siostrą i jej facetem Grześkiem na zakupy do Tesco. Podczas nocnej wycieczki zaproponowali mi sobotnie leniuchowanie na plaży "gdzieś na pełnym morzu". Spoko. Zebrało się nas chętnych trochę więcej. Jako, że chłopaki pracowali w sobotę, więc ruszyliśmy o 14 i nie na pełne morze tylko do pobliskiej Rewy. Ledwo Tadeusz, który nieco blady był i postanowił się w ten właśnie weekend opalić, zdjął koszulkę - a mówiłem, żeby tego nie robił, żeby nie było że nie ostrzegałem - zachmurzyło się. I tak już zostało przez popołudnie wieczór i poranek. Opalanie zatem postanowiliśmy przenieść do domu Tadeusza i Ewy w Gdyni. Tak nam się to wszystko przeciągnęło, że do domu wróciłem w niedzielę przed południem. A wczoraj: Kaszuby Tour. Pojechała nas dziesiątka i napiszę tylko, że było przeeeeeesympatycznie, bo jakbym miał opisać tylko wczorajszy dzień to musiałbym kolejną taką samą notkę zeskrobać, a już nie mam siły. Idę zatem zaraz na obiad - dzisiaj wielkie mniam - pieczony pstrąg. Jeżeli wyszedł mi taki jak w sobotę, to znowu dziś bardzo dużo zjem.  
piątek, 07 maj 2010, 00:19 Wieczorne wypady:)
Wiem, wiem dawno nie pisałem:(

Weekend majowy w supersympatycznej atmosferze i doskonałym towarzystwie. Ale o tym następnym razem jako, że za 2 godziny ruszam do Warszawy na kilka spotkań a potem Lublin i tam też nie będę się nudził i w sobotę (to znaczy właściwie jutro) powrót do Gdyni. Oj ja to mam w tym moim życiu:)

A wczoraj po pracy dokonałem eksploracji drugiej strony portu. Oczywiście świadomie wybrałem godzinę 19.00, jako że o tej porze właśnie Stena "parkuje" w Polsce. No i efekt był piorunujący...



Koniec portu gdyńskiego. Miejsce cumowania kolosa.

Proszę o wyrozumiałość, że mnie nie ma na tym zdjęciu, ale wiele osób to czytających już zna mojego fioła na punkcie fotografowania środków transportowych, a szczególnie własnych:)
poniedziałek, 29 marzec 2010, 16:51 Kraków by day and night z Anią
Przedwczoraj miałem okazję poznać kolejną bardzo fajną osobę w moim życiu. Istotka nieziemsko sympatyczna, miła, uśmiechnięta i co najważniejsze do pogadania. A tego było niemało. Całe 13 godzin rozmów non stop. Kto tyle ze mną wytrzyma, jest godzien podziwu, a jeszcze do tego kłapiąc non stop dziobem... Po prostu szacun.

Ale po kolei. Właśnie. A propos kolei. Niejednokrotnie już ta instytucja zaskakiwała mnie swoimi rozwiązaniami. Taka mała ciekawostka. Wsiadam do pociągu w Gdyni – jadę do Krakowa. Pociąg też jedzie do Krakowa, ale nic to mam przesiadkę w Warszawie na drugi, który jedzie do Krakowa, ale godzinę później, za to jednak dojeżdża godzinę wcześniej niż tamten pierwszy, co też jedzie do Krakowa (i to tą samą trasą). Dziwactwo niezłe.

W każdym razie po jedynie 12 godzinach w sobotę z rana (około 9.) zameldowałem się w grodzie wawelskim. Podjęła mnie chwilę później opisywana przeze mnie powyżej Ania. Bardzo lubię to imię i już na samym początku załapała plusa:)



Przystanek pod Adasiem.

Potem długi kilkugodzinny spacer po Starówce, na Dębniki, brzegiem Wisły i ciągłe rozmowy. Najlepsze zapiekanki na krakowskim Kazimierzu i przepyszne lody bakaliowe u pani, która się ze mnie śmiała. Trochę sobie pobłądziliśmy – tzn. Ania wiedziała gdzie idziemy:), i to było też bardzo fajne przeżycie – mi tam się podobało tak iść nie do końca orientując się gdzie się jest (choć jak już wspomniałem Ania wiedziała...).



Widoki z krakowskich Dębnik - miejsce wielu wspaniałych wspomnień zdarzeń sprzed kilku lat.



Nie boję się Ciebie smoku.



To my - wybaczysz mi tą jedną wizualizację?

Wreszcie zmęczeni dotarliśmy na Stolarską pokrzepić się jakimś ciepłym płynem czyli herbatką o bardzo ciekawej nazwie – owoc miłości. W jakże cieplutkiej scenerii kawiarni przesiedzieliśmy dobre 4 godziny (Karolinko żałuj:) w miłej atmosferze poruszania wszelakich możliwych tematów od życia codziennego, przez gotowanie, po tajniki modelarstwa kolejowego:). I tak czas zleciał szybko, że nawet dobrze nie wiedziałem kiedy. Ale to tak zawsze jest jak ma się za towarzysza kogoś takiego jak Ania, którą znam już przecież 2,5 roku, a widziałem po raz pierwszy. Tak jak pisałem podsumowując nasze spotkanie: życie jednak potrafi mnie ogromnie pozytywnie zaskoczyć.

Dziękuję Ci Grzeszna Anielico za ten dzień.

Potem już tylko kolejne 13 godzin w pociągach – najpierw Częstochowa i stamtąd do Gdyni.

A nad morzem niespodzianka. Nie zdziwiło mnie to zbytnio – już trochę znam mojego pecha. Ktoś najwidoczniej potknął się o wystającą obok mojego samochodu płytę chodnikową i chcąc uchronić zapewne innych przed takim niemiłym wypadkiem postanowił usunąć tą właśnie płytkę w inne miejsce. Zastanawia mnie tylko dlaczego akurat wybrał dach mojego samochodu. A ponieważ płyta takowa do lekkich nie należy więc się nie udało i mu się z dachu na drzwi zsunęła do tego zahaczając o szybę (na szczęście jej nie wybiła). I leży dalej obok mojego samochodu. Takie czasami mądre pomysły mają ludzie. Ale cóż... Ubezpieczony wóz jest, więc tragedii nie będzie. Polakieruje się i będzie jak nówka.

Nie zdołało mi to popsuć humoru, bo wyjazd był naprawdę udany i już. Wróciłem z cieszącym się ryjem i tak do dziś zostało.

wtorek, 23 marzec 2010, 19:07 To moja Toya
Już tydzień mi służy. I fajna jest. Lubię ją jak nie wiem co:) Jest nawet lepsza od mojej dawnej miłości Corolli. Niestety to tylko tyle dziś, bo miałem, co prawda wiele przygód, ale nie daje rady tego przeklawiaturowac na ekran, bo znowu uciekam. Jej fotki zostawię...



To ona:) i morze...



Och ta pupencja.



No i tak z boka rzut. Tylko ten bialy kolor:(

I jeszcze jedno. Przepraszam za brak kontaktu tych, którzy są urażeni moim niekontaktowaniem się:) Telefon mam w naprawie wiec ksiazka fonowa tam tez pozostala:(

Księga gości
 
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Zawitali tu...
i rzucili okiem:
 
17774
i dodali coś od siebie:
 
2213
i zostawili swój ślad:
 
18
O mnie
lbn7349
34
,
Lublin/Gdynia
Ja...
Nad morzem fajnie jest:)
Zobacz mój profil
To już było
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Zobacz serwisy INTERIA.PL